64574901_2a0aa6e7ce_z
MOTYWACJA,

O tym jak dostałam w twarz

Jest piątek. Mam wolne, co zdarza się niezmiernie rzadko. Siedzę w domu. Co widzę? Miękki skórzany narożnik, wysoki regał na książki, falujące zasłony, bo zrobiłam sobie mały przeciąg, na gazie pyka obiad, a ja siedzę i piszę, chrupiąc sobie chipsy i mając gdzieś cały świat w tym momencie. Piszę zupełnie o czymś innym, ale nagle stwierdzam, że muszę coś sprawdzić na fejsie. Wchodzę i widzę to. Zdjęcie, które uderzyło mnie prosto w twarz. Z całej siły.

Może już widzieliście, bo krąży z prędkością światła po necie. Gdzieś na Filipinach, mały chłopiec, na oko ośmioletni, siedzi na chodniku. Przed nim stoi taboret, na taborecie leży zeszyt. Jest ciemno, ale chłopiec siedzi pod McDonaldem, bo jest dobrze oświetlony. A światło jest mu bardzo potrzebne, bo chłopiec odrabia lekcje.

Temat dzisiejszego wpisu w momencie ulega zmianie.

Dziecko ze zdjęcia straciło dom w wyniku pożaru. Ogień pochłonął cały dobytek rodziny i zabił jego ojca. Od tamtej pory chłopiec mieszka na ulicy, razem ze swoją mamą. W dzień pracuje. Ponieważ ma dopiero osiem lat i nie wiele jeszcze potrafi, jego praca polega na tym, że gdy tylko nie jest w szkole, siedzi na chodniku i żebrze. Gdy zapada zmrok, a przechodnie, którzy od czasu do czasu rzucają mu pieniądze, idą do swoich domów, chłopiec może skończyć. Wtedy bierze zeszyty i idzie pod McDonalda, żeby w świetle płynącym ze środka, odrobić lekcje i się pouczyć.

Wiecie jak smakuje surowy ziemniak? Paskudnie! Wiem, bo usłyszałam kiedyś, że po zjedzeniu surowego ziemniaka, wzrasta temperatura ciała, a to było to, czego właśnie wtedy potrzebowałam. Miałam  jakieś 12 lat. Myk z termometrem wkładanym pod żarówkę przestał wchodzić w grę, bo mama kiedyś weszła bez ostrzeżenia do pokoju. Zdążyłam wyciągnąć  termometr spod lampki i włożyć pod pachę. Chciała dzwonić na pogotowie, bo termometr wskazywał temperaturę śmiertelną dla organizmu. I musiałam się przyznać, że…nie wiem jak to się stało, ale…termometr się zepsuł, a do szkoły musiałam iść, bo już nie widziałam co wymyślić. Więc kolejnym razem, kiedy to do szkoły nie chciałam iść za żadne skarby, zjadłam surowego ziemniaka. Całego! I miałam mieć wysoką, naturalną gorączkę, bez używania lamp i innych trików. Nie podziałało.

Piszę o tym, bo właśnie to mi się przypomniało, kiedy po raz kolejny spojrzałam na zdjęcie chłopca. Ten dzieciak nawet nie musiał się wysilać, aby wymyślać jakieś wymówki, bo całe jego życie było wystarczającą wymówką, żeby się nie uczyć. Co musi się dziać w umyśle ośmioletniego dziecka w takiej chwili? Jak bardzo musiało dostać od życia i jak wiele musiało się nauczyć? Jak wielka determinacja drzemie w jego młodym duchu? Jak piękna musi być wizja przyszłości, którą widzi, kiedy zamknie oczy?

Mam 34 lata i uczę się jak żyć. Powoli i mozolnie, choć pilnie. I wciąż wiem mniej niż mały filipińczyk spod McDonalda. Wrzucam to zdjęcie na pulpit, wrzucam je do swojego umysłu, tak abym mogła do niego wrócić w każdej chwili. Kiedy tylko pomyślę: „Cholera, ale mi się nie chce. Dlaczego tak trudno coś w życiu osiągnąć? Okoliczności mi nie sprzyjają” lub inne bzdety, wtedy przypomnę sobie tego chłopca. I zapamiętam już raz na zawsze, że mam wszystko, co mi w życiu potrzebne. Mam siebie i mam silną wolę. To powinno wystarczyć.

Zobacz zdjęcie tutaj.

  • Życie nas rozpieszcza, a my i tak narzekamy, taka chyba nasza natura. Nauczyć się doceniać, to co się ma, to wielka sztuka.

    • Mira Faber

      Tak. I najważniejsza, którą w życiu trzeba posiąść.

  • Hm… powiem cierpko:mam nadzieję, że MC Donald nadal pozowli temu chłopcu spokojnie odrabiać lekcje i nie żażąda od niego wyjścia poza teren restauracji,skoro młodzian nie jest ich klientem…
    Pamiętam jak po otwarciu pierwszego MC Donalda w Krakowie ludzi emasowo chodzili tam przewijać maluchy bo to było pierwsze w mieście miejsce z darmowym przewijakiem….No ale ostatnio widziałam scenkę, że osoby w podróży, które wpadły na „siu-siu” zostały zapytane, czy zamierzają cos kupić, bo toaleta jest wyłącznie dla klientów…
    A z drugiej storny przypomina mi się, w kontekście tego, że napisałaś „Mam wszystko” sytuacja z przedszkola synka z czasów, gdy mieszkaliśy w USA. Zbliżały się urodziny synka i wychowawczyni zagadnęła mnie, czy zamierzam przynieść tort. Potwierdziłam. Nauczycielka zastrzegła: Prosze nie przynosić ciasta domowego wyrobu i koniecznie wziąć paragon z cukierni jako dowód zakupu. W przypadku zatruci abędziemy wiedzieli, kogo pozwać do sądu i pociągnąć do odpowiedzialności. zastzegła także, i tu już zmierzam do konkluzji:Proszę nie kupować jedengo tortu ,proszę kupić raczej pojedyncze porcje ciastek tortowych tzw.”cupcake”, bo Melisa np jada tylko ciastka z niebieską masą, Theo nienawidzi kremu czekoladowego, a Samanta nigdy w życiu nie zje bitej śmietany. I tu pani podała mi listę „Co kto lubi”.Jak myślisz, gdyby temu filipińskiemu chłopcu podać na talerzyku, zupełnie za darmo, kawałek tortu, wybrzydzałby tak jak wybrzydzają dzieci w krajach rozwiniętych? Coż, samo życie…

    • Mira Faber

      Dzieki, które są wychowywane w dostatku nie znają czegoś takiego, moim jednak zdaniem to kwestia wychowania. Można mieć wszystko, a jednocześmie wychować dziecko tak, aby umiało to doceniać i nie myśleć roszczeniowo, że przecież im się należy. A co do chłopca, to coś mi się zdaje, że czeka go wspaniała przyszłość.

Visit Us On FacebookVisit Us On Google PlusCheck Our Feed
Przeczytaj poprzedni wpis:
5969283186_d5bc37257e_z
Dlaczego nie uczę się na własnych błędach?

"Ucz się na własnych błędach". Ile razy ci się to w życiu obiło o uszy? Nie wiem dlaczego, ale ludzie...

Zamknij