przychodzi baba do lekarza
LUDZIE, TŁUMACZONE,

Przychodzi baba do lekarza

Przychodzi baba do lekarza. Ja też, bo baba po angielsku nie umie. Pani z recepcji wskazuję na pacjentkę, a ja już widzę, że baba obrażona na cały świat. No nic, przedstawiam się i siadam obok. Wyciągam książkę. Widzę kątem oka jej wzrok utkwiony we mnie i choć bardzo się staram, mimochodem odwracam wzrok w jej stronę.

– To konowały są. Ja w ogóle nie wiem po com tutaj przyszła. Koleżanka powiedziała, że już za długo kaszlę i mnie zapisała. Ileż można, prawda? To już tydzień, a mi nic nie przechodzi.

O matko. Tydzień! Na pogotowie trzeba było, a nie do konowałów. Nic się nie odzywam, tylko kiwam głową, że acha.

– Ciekawe, co mi powie. To strata czasu jest. Nic mi nie powie, żem zdrowa tylko. I żeby paracetamol brać. Niedouki!

Wszystko to mówi z taką miną, że oprzeć się nie można wrażeniu, że przychodzi tu codziennie i codziennie doświadcza tej samej dupnej obsługi. Przyzwyczaiłam się. Większość ludzi w poczekalniach, dla których tłumaczę, siedzi tam za karę i narzeka, jaka to służba zdrowia w UK jest beznadziejna, że w Polsce to jest dużo lepiej, a ci za murzynami ze sto lat. I tak siedzą i narzekają, a ja się denerwuję, bo jak tak niedobrze i źle, to na cholerę tam ślęczą?

– O, proszę! I opóźnienie mają! W Polsce to wszystko na czas! (Kurde, ale nowina).

Patrz na zegarek, rzeczywiście opóźnienie. Cztery minuty. Wchodzimy. Baba zła jak diabli, bo nic jej nie powie, a poza tym, jak tak można pacjenta traktować, czasu jego nie szanować, na czas powinno być, a nie opóźnienie.

Lekarka pyta, w czym może pomóc. Na końcu języka mam, że w niczym, ale siedzę cicho i czekam. Baba mówi, że bardzo kaszle i katar ma. I nic jej nie przechodzi, a to już tydzień! Katar to nawet dłużej. Gorączki co prawda nie ma, ale czasem w nocy się spocona budzi. Lekarz pyta, czy bierze jakieś leki. Otwiera torebkę i wyjmuję wielką butelkę syropu na kaszel. Macha lekarzowi przed oczami, po czym sięga do torebki i wyciąga listek tabletek.

– No antybioty se wzięłam, przecież nie będę się męczyć. Ale coś grubszego musi być na rzeczy, bo antybiotyk już szósty dzień biorę i nic!

Lekarka za głowę się złapała. Skąd antybiotyk? A z polski, znajoma lekarka receptę wypisała, każdy tak robi, zwozi leki na receptę z Polski, bo tutaj ciemnogród. Osłuchała pacjentkę, zmierzyła temperaturę, zajrzała do gardła. Nic nie ma, wszędzie czystko. Co za pech. Zaczyna tłumaczyć, że to wirus, a wirus na antybiotyk nie pójdzie, nigdy. Że biorąc antybiotyk bez konsultacji z lekarzem, tylko sobie szkodzi, bo to obniża odporność, a gdy rzeczywiście będzie kiedyś potrzebowała antybiotyku, to wtedy nie zadziała. Że to dopiero tydzień, więc nie ma co się martwić, wirus to nic groźnego, ale nie ma niego lekarstwa. Baby mina robi się jeszcze brzydsza, niż gdy ją zobaczyłam w poczekalni. Oburzenie z niedowierzaniem. Dziwne, bo przecież była pewna, że konowały, to co? Cudu się spodziewała? Lekarka chce wiedzieć, czy ma jakieś pytania. Ma. Oczywiście.

– A jakiś paracetamol mam brać?

Odpowiada, że jak chce to może, ale tak jak już powiedziała, na wirusa nie ma lekarstwa.

Wychodzimy. Zamykam drzwi za sobą, a baba w tej samej chwili:

– A nie mówiłam? Że nic nie powie, tylko każe paracetamol brać? Muszę se więcej tych antybiotyków nazwozić, bo oni tutaj człowieka do grobu chcą wpędzić!

Powinnam ją była olać, ale wymsknęło mi się, że nigdzie na świecie nie leczy się wirusów antybiotykami, tylko w Polsce. Głównie dlatego, że co drugi lekarz ma podpisaną umowę z jakimś producentem i zarabia na każdej recepcie. Tego już nie dodałam, bo nie miałam komu,  pani się obraziła, powiedziała „no to dowidzenia” i poszła cierpieć w samotności.

Nie wiem jak skończy się ta historia, czy pacjentka zdąży zdobyć potrzebne antybiotyki i czy w ogóle kiedyś wyzdrowieje. Może poleci do Polski, może tam ją uratują?

  • W Polsce ją pewnie przyjmą na czas, bez opóźnienia i już samo to poprawi jej samopoczucie.

    • Pewnie tak. Może z tego zadowolonie tam zostanie?

  • Hej, nie jestem lekarzem więc nie uzurpuję sobie prawa do leczenia ludzi, ale śpiesze donieść, że w naszym „okropnie zacofanym” kraju mamy już lek leczący wirusy i poprawiający odporność.Produkcji polskiej firmy Aflofarm z Pabianic, lek o nazwie „Neosine”.Właśnie wyciągnęłam go z apteczki :) A, psik! Idę się kurować. Także jakby co, sprowadźcie go sobie do UK:)
    A na poważnie:stosowanie antybiotyków jak landrynki na deser po obiedzie może faktycznie wyrządzić organizmowi dużą szkodę.Fakt, w Polsce nie wiedzieć dla czego panuje kult antybiotyków, a w wielu środowiskach nie podanie choremu dziecku antybiotyku „na wszelki wypadek”utożsamiany jest z brakiem troski o nie.Na szczęście świadomość rośnie. Trzymaj się, Miro, z dala od wirusów, życze dużo zdrowia:)

    • Naprawdę? I jesteś pewna, że to nie jest kolejny wyzyskiwacz pieniędzy? Polska słynie z tego, ze sprzedaje leki na wszystko!

      • Masz dość konkretne zdanie w tej sprawie, Mira. Czyżbyś przejechała się na polskiej słuzbie zdrowia? Z moim znajomym w ubiegłym roku leżał na oddziale pewien 67-letni obywatel Wys[ Brytyjskich. Oddział był typowo „męski”, urologiczny. Otóż Anglik ów przyjechal do Polski, do Krakowa, na operację prostatektomii radykalnej ( wycięcia prostaty) z pwodu nowotworu złośliwego. W jego ojczyźnie ubezpieczyciel, mimo, że całe zycie płacił składkę zdrowotną, odmówił mu pokrycia kosztów tej operacji z ubezpieczenia podstawowego.Tym samym kraj Jej Kórlewskiej Mości skazał swojejgo obywatela na pewną śmierć.Nie było go stać na pokrycie kosztów pełenj odpłatności za zabieg na Wyspach więc przyjechał do Polski, gdzie zoperowano go za niecałe 8 tysięcy PLN. Wyspiarz był bardzo zadowolony z jakości usług medycznych w Polsce, chwalił lekarzy, ich wiedzę i poziom angielskiego, ich takt i kulturę oraz wsparcie, jakie od nich uzyskał.Na Wsypach przyszłoby mu umrzeć. Trudno generalizować, Mira, jasne, że są lekarze przekupni, zapisujący pacjentowi wszystko co sobie zażyczy.Znam także byłego lekarza, który odkąd został przedstawiecielem producenta antybiotyków, mógł się przeprowadzić z maleńkiej miejscowości do Krakowa, otrzymał piękne, służbowe mieszkanie, samochód.Oczywiście, były lekarz już nie leczy tylko handluje specyffikami firmy, dla której pracuje. Ale nie wszyscy są tacy, zapewniam cię, że nie….

        • Mi chodzi głównie o wypisywanie antybiotyków na wszystko. Być może nie wiszyscy to robią, co nie zmienia faktu, że bardzo wielu Polaków mieszkających w UK ma w apteczce swoje antybiotyki na czarną godzinę. Skąd je wzięli?

          • Od życzliwej mamusi. po wojnie antybiotyki były luksusem ratującym życie wielu ludziom, znam rodziny, w których obowiązkowe podanie antybiotyku lekko przeziębionemu dziecku utożsamia się z troską o ich zdrowie.Oczywiście ludzi enie zastanwiają się, czym jest antybiotyk.Jeśli spieszy im się do pracy i nie mają czasu „marnować czasu w domu z chorym dzieckiem” bo boją się o utratę pracy, postanawiają zadziałać „szybko i skutecznie”.Oczywiście, myślą o skutkach w kategorii natychmiastowego efektu a nie dalekosiężnych, np zagrzybienia ogranizmu przez antybiotyki.A w zagrzybiobionym organizmie dużo dobre podłoże do rozwoju znajdują nowotwory.Ale o tym medycyna konwencjonalna milczy.

  • Anna Sakowicz

    W Polsce też już nie przepisują na byle katar antybiotyków, jednak trochę się u nas zmienia. :) :)

    • Nie? A ja wciąż wiem, że co poniektórzy dalej to robią. Wiadomo, ktoś się zawsze wyłamać musi :)

Visit Us On FacebookVisit Us On Google PlusCheck Our Feed
Przeczytaj poprzedni wpis:
żadej pracy się nie boję
Robiłam lody, myłam kible, żadnej pracy się nie boję…

Lubię rozpamiętywać dawne czasy. Też tak macie? Często myślę o tym, czym dawniej się zajmowałam, bo nie zawsze byłam tłumaczem...

Zamknij