147H
LUDZIE, TŁUMACZONE,

Jak chlamydia może zniszczyć życie

”Chlamydia — weneryczna choroba kobiet i mężczyzn odpowiedzialna za choroby układu moczowo-płciowego i stany zapalne narządów płciowych” czytam na ulotce w poczekalni kliniki medycyny układu moczowo-płciowego. Czekam na panią Martę, dla której mam tłumaczyć. Klinika ta, to miejsce, do którego można przyjść tak po prostu, bez umawiania się, kiedy ma się podejrzenia, że cierpi się na przykład na chorobę weneryczną.

Do poczekalni wchodzi śliczna czarnowłosa, na oko trzydziestoletnia kobieta, rozgląda się na boki i już wiem, kogo szuka.

-Witam, mam na imię Mira, czy pani Marta? – pytam, a dziewczyna uśmiecha się i kiwa potakująco głową. Zaraz za nią wchodzi wysoki brunet i siada obok. Darek jest mężem Marty. Bierze jakieś czasopismo ze stolika i zaczyna czytać. Marta od razu zagaduje, jakby chciała usprawiedliwić fakt, co też ona robi w takiej klinice.

– Ciągle mam jakieś zapalenie pęcherza, cały czas dosłownie. Byłam u lekarza, dawał antybiotyki, ale później z badań moczu się okazywało, że wszystko ok, to mnie wysłał tutaj, że tu mi wszystko posprawdzają i doradził, żebym od razu wzięła ze sobą męża. Ale my jesteśmy normalnym małżeństwem, nie mamy żadnej wenery ani nic, ale powiedział, że ta klinika to kolejny krok i bez tego ani rusz dalej, no to jesteśmy.

Po 15 minutach wchodzę z Martą do gabinetu, jej mąż poszedł osobno, do innego lekarza. Miła lekarka tłumaczy, na czym polegają badania, które tutaj proponują. Pobierają krew i robią wymaz i sprawdzają próbki w laboratorium pod względem chorób przenoszonych drogą płciową jak chlamydia, wirus HIV, syfilis czy rzeżączka. Marta się śmieje i zapewnia panią i mnie również, że ona nie z tych, ale lekarz kazał, to musi zrobić. Widać, że jest wyraźnie zawstydzona samym faktem, że znalazła się w takim miejscu.

Po badaniach Marta musiała tylko iść jeszcze do recepcji i umówić się z nimi w sprawie wyników. Wyniki można otrzymać jedynie drogą sms lub telefonicznie po podaniu specjalnego kodu, gdyż wiadomo, są to informacje bardzo poufne. Przed wyjściem prosi mnie jeszcze o wizytówkę, bo czasami nie chcą dawać tłumacza, to ona by wtedy na własną rękę sobie zamówiła. Podaję wizytówkę i jadę na następne tłumaczenie.

Takich wizyt i pacjentów mam mnóstwo, ale Martę sobie zapamiętałam, bo tydzień później otrzymałam od niej telefon.

– Pani Miro, bo oni mi przysłali smsa, że mam jak najszybciej do nich zadzwonić. Czy pomogłaby mi pani się dogadać, bo przecież ja nic nie powiem, bardzo panią proszę?
Dzwonię ze stacjonarnego, Martę mam na komórce, przedstawiam się jako tłumacz i wyjaśniam, że dzwonię w sprawie wyników. Muszą się upewnić najpierw czy pacjentka aby na pewno zgadza się na podanie wyników mnie, pacjentka ryczy w słuchawkę „yes”.

– Tak więc wszystko w sumie w porządku, badania wyszły dobrze, tyle że pani ma chlamydię, dlatego też trzeba zgłosić się do nas wraz z partnerem po antybiotyki.

Ło matko, przecież mówiła, że oni nie z tych. Tłumaczę. W słuchawce cisza. Za chwilę Marta cichym głosem prosi, czy mogłabym zapytać jeszcze raz, bo to na pewno jakaś pomyłka. ”Chlamydia” jednak brzmi w słuchawce, jakby nie była żadną pomyłką, pani zapewnia mnie, że to nic takiego, to najczęściej spotykana choroba weneryczna, pacjentka weźmie kurs antybiotyku razem ze swoim partnerem i po krzyku. Przekazuję. Krzyk. Marta krzyczy, że to pomyłka i że ona tam już jedzie i że mają sprawdzać jeszcze raz, bo takiej możliwości nie ma! Powtarzam, na co pielęgniarka sugeruje, że skoro nie ona, no to jej mąż musiał złapać i jej sprzedać, bo innego wyjścia nie ma, ta choroba przenosi się tylko i wyłącznie drogą płciową. O matko, dlaczego ja tak bardzo kocham swoją pracę? W takich momentach za chiny nie mogę sobie przypomnieć.

Marta zadzwoniła po 20 minutach, zaryczana cała i mówi, że Darkowi przyszły wyniki smsem, że wszystko ok i że przy niej zadzwonił do kliniki, żeby to potwierdzić i że w związku z tym ona tam jedzie teraz i natychmiast i niech coś zrobią, bo tak być nie może. I pojechała. Wiem, bo po półgodzinie zadzwonili z agencji czy dam radę jechać do tej samej kliniki na zlecenie. Pojechałam, bo przecież taką historię trzeba poznać do końca.

W poczekalni zastałam już Martę, ale gdy ją zobaczyłam, o mało co nie wpadłam na krzesło przede mną. Obraz nędzy i rozpaczy, czerwone, napuchnięte od płaczu oczy, nos prawie bordowy. Na mój widok dziewczyna aż podskakuje.

– On mi nie wierzy, nie wierzy mi, powiedział, że to koniec, że on się nigdy nie spodziewał, że jak mogłam, że on mnie tak kochał a ja mam wenerę! Tak powiedział. Pani Miro, niech mi pani pomoże, bo to nie może tak być, ja nigdy z nikim nie spałam, nigdy przenigdy, tylko z Darkiem, a oni mi tu życie w taki sposób niszczą!

Jedyne, co mogłam zrobić, to podać jej świeżą chusteczkę do otarcia łez. Ja wiem, że pewnie w takiej sytuacji nie jedna kobieta zrobiłaby podobną scenkę, żeby przekonać wszystkich dookoła, że co złego, to nie ona, ale Marta była bardzo przekonywająca i miałam tylko nadzieję, że Darek też dojdzie do takich wniosków.

Lekarka powiedziała, że oczywiście zrobią testy jeszcze raz i że jest szansa na to, że wynik wyszedł fałszywie dodatni, ale to takie prawdopodobieństwo jak wygrać główną nagrodę na loterii. Marta się załamała kompletnie.

-Żebym piła i szlajała się gdzieś, no to jeszcze…mogłabym nie pamiętać, że się puściłam, ale ja naprawdę, ja jestem porządna, co ja zrobię? On mi nie uwierzy! Skąd ja mam to dziadostwo???

Lekarka rozłożyła ręce, powiedziała, że jest szansa, że miała to od jakiegoś czasu nawet o tym nie wiedząc, ale wtedy miałby chlamydię też jej mąż, więc to raczej mało prawdopodobne i przeprosiła ją mocno, mówiąc, że sama nie potrafi jej tego wytłumaczyć, bo jedynym znanym sposobem zarażenia się tą chorobą jest stosunek z chorą osobą.

Marta załamana wróciła do domu. Widziałam, że jest całkowicie zdruzgotana, co było dla mnie zrozumiałe. Jak można się czuć, kiedy próbują ci wmówić coś, czego nigdy nie zrobiłaś? I wszytko świadczy przeciwko tobie i nikt ci nie wierzy, bo fakty mówią same za siebie? Współczułam jej bardzo, szczególnie w momencie, kiedy mi samej przez myśl przeszło, że skoro nie ma innego sposobu, no to ludzie, czemu się tak zapiera? Szybko jednak wyrzuciłam tę myśl, bo staram się nie osądzać ludzi. Poza tym co mi do tego.

Jeszcze tego samego wieczoru dostałam od Marty smsa: „czekał na mnie, powiedział, że poczeka ze mną na wyniki…”

Tydzień później okazało się, że Marta wygrała główną nagrodę na loterii. Jej pierwszy wynik był fałszywy. Bardzo ją przeprosili i wysłali jej formularz do składania zażaleń tłumacząc, że tyle tylko mogą jej zaoferować.

A ja nie umiem przestać myśleć o tym, ile związków takie wygrane na loterii mogły zniszczyć.

Visit Us On FacebookCheck Our Feed
Przeczytaj poprzedni wpis:
kwadratkonkurs
Kto lubi konkursy z nagrodami?

Grudzień, choinka, święta, prezenty, siedzę i czekam podekscytowana, aż „Aniołek” poda mi mój prezent, rozdzieram papier drżącymi rękami, co też dostanę tym...

Zamknij