student-150187_1280
BANIALUKI,

Sesja. I nagle wiesz, gdzie znajduje się czarna dupa

Mówią, że ponoć większość studentów idzie na studia dla jakiegoś świstka, że większość nawet do końca nie wie, co studiuje. Nie wiem, jak to tam jest,  wiem  za to doskonale co studiowałam i mało tego, bardzo mi się moje studia podobały! Podobały mi się tak, że przez jakiś czas brałam nawet stypendium naukowe. Tak było później.

Żeby dojść do „później” musiałam najpierw przejść przez pierwszy rok, który jest dosyć ogólny i mało miał wspólnego z wybranym przeze mnie kierunkiem. A że kierunek, który mnie interesował, był na wydziale mechanicznym, to w pierwszym roku musiałam przejść przez wszystkie podręczniki do magii. Łatwo nie było. Każdy student Politechniki na wydziale mechanicznym wie doskonale, o czym mówię.

Otóż w moich czasach (wow, nie myślałam, że kiedykolwiek użyję tego stwierdzenia) Polibuda charakteryzowała się tym, że stosunkowo łatwo było się na nią dostać. Ciężej już było się utrzymać na powierzchni przez pierwszy rok. Z mojej grupy już po pierwszym semestrze egzamin z matmy wykosił piętnaście osób. Fakt, że nasza babka od matematyki była powszechnie znana właśnie ze swojego umiłowania do żniw i co semestr wykaszała najwięcej osób, ale nie ona jedna.

Nie wiem jak to jest z tymi wszystkimi profesorami, którzy za cel stawiają sobie rok w rok, zostać kolcem w dupie, jak nie wyrzyskich, to większości studentów. I trzeba było się porządnie napracować, żeby pozdawać te egzaminy i nie mam tu na myśli nauki, to nie wchodziło nawet w grę.

Na przykład profesor od chemii. Chodząca legenda! Miał, jak nic, ze sto lat i był tak zmęczony życiem i w ogóle wszystkim, że nawet już mu się nie chciało kombinować i wymyślać testów „nie do zdania” jak to robili pozostali. On szedł na łatwiznę. Miał trzy zestawy testów egzaminacyjnych, które stosował co roku. Nie dziwota, że każdy szanujący się student wydziału mechanicznego, posiadał odpowiedzi do każdego zestawu, mało tego, znał je na pamięć i z chęcią przekazywał dalej. Dziwota jednak, że na każdym egzaminie na 100 osób, zdawało 6. Podchodziłam do egzaminu pięć razy.

Za pierwszym razem waliłam odpowiedzi z pamięci, ale widocznie mało celnie. Za drugim już nie liczyłam na swoją pamięć, tylko ściągałam wszystkie odpowiedzi od M, który siedział przede mną. Mieliśmy dokładnie to samo. On zdał, ja nie. Wtedy zorientowałam się, o co tu chodzi. Legenda głosiła, że profesor od chemii, w swoim zacisznym gabinecie, stawał na stołku i wyrzucał w górę wszystkie prace egzaminacyjne. Te, które spadły na biurko, zaliczał, te, które spadły na podłogę, do poprawki. Jak to możliwe, że mój francowaty test zawsze spadał na podłogę?

Po piątym podejściu wkurzyłam się tak, że poszłam do tego zacisznego gabinetu z postanowieniem, że bez zaliczenia nie wyjdę, choćby nie wiem co! Zaczęłam ładnie, poprosiłam staruszka, żeby mi pokazał mój ostatni test. Przez 10 minut próbował mi wmówić, że wcale nie musi tego robić, że nie i koniec i żebym sobie poszła. Ale ja nie z tych! Miałam prawo zobaczyć swój test i już. Dziadek się w końcu ugiął i pokazał mi mój egzamin. Niepoprawiony. No to mu mówię, że przecież go nawet nie sprawdził, na co dziadek wyjął z szuflady czerwony długopis i w jedną minutę mój test poprawił. Wszystko źle! I gadaj tu z takim. Przecież nie powiem mu, że zrzynałam i te odpowiedzi są dobre, bo inni na nich zdawali, choć pewnie już po 60 latach pracy w zawodzie się pokapował, że studenci mogli coś kombinować. Stwierdziłam, że bez grubej rury się nie obejdzie. Powiedziałam dziadkowi, że jest jeden problem:

-Nie mogę podejść do kolejnego terminu, bo widzi pan, jestem poważnie chora i pojutrze mam mieć operację.

Dziad zdębiał. Ja zresztą też, bo nie należę do  ludzi, co to w taki sposób nabijają innych, ale coś czułam, że innego wyjścia nie było. Po 5 minutach intensywnego myślenia legenda wzięła mój indeks i wpisała w nim zaliczenie. No cóż, na Polibudzie uczciwy student to…debil. Tego nas nauczyli na pierwszym roku.

Z innymi już szło prościej. Był na przykład taki gość, który wpisywał mi zaliczenie tylko z tego tytułu, że byłam jedyną dziewczyną w mojej grupie (tak! I było super!) i tym samym jako jedyna przychodziłam na egzamin w spódniczce.

Na gościa od fizyki nie działy spódniczki, wiedza też średnio, więc postanowiliśmy przy kolejnym podejściu zrobić zrzutę i kupić panu profesorowi ładny prezent. Bez obciachu, na parkingu, wręczyliśmy mu wielkie pudło z ekspresem do kawy, przewiązane kokardką. Zdaliśmy.

Była na uczelni jeszcze jedna chodząca legenda. Babka od materiałoznawstwa. I pisząc materiałoznawstwo nie mam na myśli sztruksików, jedwabi i flanel. Legenda głosiła, że jak sobie zapamięta twoją twarz ze złego powodu, to do końca życia będziesz pisać poprawki. Już na drugich zajęciach zapamiętała sobie moją twarz. Tak myślę. Powiedziała:

-Pani i dwóch panów po bokach, macie przechlapane.

Nie moja wina, że jej wykład trwał trzy godziny bez przerwy! Nawet nie wiem, czy to legalne. Tośmy grali w państwa miasta, a że zawsze dochodziło do jakichś sprzeczek o punkty, no to w końcu nas przyłapała na gadaniu. Choć powiem szczerze, że gdy nas ostrzegała, zobaczyłam na jej twarzy symatyczny uśmiech skierowany do mnie.

Egzamin był jednym z tych „prędzej się zesrasz, niż zdasz”. Nasz kumpel, elektryk z zamiłowania, wymyślił więc, że on tę babę złamie i stworzył sobie super maszynę, która miała mu to zapewnić. Do zwykłego walkmana dorobił na kabelku przycisk, którym można było puszczać i zatrzymywać taśmę. Genialne! Wykonał trzy egzemplarze, z czego jeden dostałam ja. Najpierw nagrałam materiał na kasecie (oczywiście w ogromnym skrócie, bo materiału było tyle, że śmiało mogłabym nagrać „modę na sukces”). Następnie M przymocował mi walkmana do ciała bandażem, kabel przez rękaw do dłoni, słuchawki przysłonięte włosami i sru na egzamin. Ale, że ja nie głupia  i wiem, że takie cudeńka mogą zawieść, zrobiłam sobie jeszcze mnóstwo ściąg i za radą kuzynki, skserowałam je na plastikową folię przezroczystą, taką do slajdów. Czyli kładziesz ściągę na ławce, ale baba nic nie widzi!

Na egzaminie plan z maszyną się spalił w pierwszej minucie. Po pierwsze babka nie podała wszystkich pytań, tylko czytała jedno i dawała czas na odpowiedź i dopiero później kolejne. No to jak ja miałam kurde natrafić na odpowiedni urywek na kasecie, jak na odpowiedź było 10 minut, a kaseta trwała 60? Po drugie mój walkman był trochę stary i strasznie skrzypiał, gdy się go uruchamiało. Miałam jednak plan B, czyli folie. Ściągnęłam wszystko jak leciało i nikt, dosłownie nikt nie zauważył moich przezroczystych ściąg! Gdy babka krzyknęła, że koniec czasu i że kto nie odda kartki w ciągu 20 sekund, ten może sobie ją zabrać do domu i przyjść na kolejny termin, w pośpiechu wsunęłam moje niewidzialne folie do kieszeni i poleciałam z kartką. I gdy wręczałam z uśmiechem moje wypociny, z kieszeni nagle wytrysnęły w górę wszystkie moje ściągi. Sztywna folia się rozprostowała i bach, fontanna ściąg posypała się tuż na stopy babeczki. I co? I cała legenda poszła do lamusa, bo Mira zdała! Jako jedna z trzech osób na całym roku.

Nic jednak nie pobije egzaminu z przedmiotu, którego nie był w stanie pojąć nikt, mianowicie Systemów hydraulicznych i pneumatycznych. Ogromna aula, w środku ponad 100 osób i Kaczor, taką ksywkę miał profesor od tego przedmiotu. Ponoć przez wygląd, ale ja się nie dopatrzyłam żadnego podobieństwa. Tak więc my i Kaczor. I jego pomocnicy, którzy pilnowali całej chmary zdesperowanych studentów, aby nie ściągali. Lipa jak pieron. Nie umiałam nic, bo uwierzcie mi, to było nie do pojęcia. Do tego stopnia, że nawet nie potrafiłam wyprodukować jakiejś sensownej ściągi.

Siedziałam więc i rozglądałam się po sali w poszukiwaniu pomocy, ale reszta w sumie wyglądała tak samo, jak ja. I nagle Kaczor rzuca się z miejsca, wyskakuje na schody i pędzi do góry, krzycząc „oddaj tą ściągę!”. Dobiega do jakiegoś kolesia, wyrywa mu jakiś świstek, ociera spocone czoło chusteczką i…trach, spada ze schodów. Nie wszystkich. Zatrzymał się w połowie auli, tuż obok mnie! Aula w śmiech, ja przerażona, gość się nie rusza! Podleciałam do niego i pomogłam mu wstać. Jako jedyna. Reszta zaśmiewała się do rozpuku, za co było mi bardzo wstyd. Kaczor się oblał rumieńcem i utykając, zszedł ze schodów na sam dół i wyszedł z sali.

Dla mnie było po egzaminie. Trzęsłam się z nerwów. Wkurzona na moich kolegów i rozżalona, że Kaczorowi się przytrafiło coś takiego na oczach nas wszystkich. Po piętnastu minutach Kaczor wrócił. Patrząc w ziemię, wyszedł po schodach, podszedł do mnie i zapytał, czy to ja pomogłam mu wstać. Pokiwałam głową.

– Pani pisze…- I podyktował mi szeptem odpowiedzi na wszystkie pytania! I tak jakoś udało i się przejść przez egzaminy „nie do zdania”. Nie myślcie sobie,  że prześlizgnęłam się na foliowych ściągach przez całe studia, bo to nie prawda, jednak uwierzcie mi, niektórych przedmiotów kompletnie nie dało się zdać bez kombinowania. Ale spoko. Główka pracuje!

  • Swoje studia (jak i podyplomówki) wybrałam nie dla świstka, ale dla przyjemności. :) :) Stypendium naukowe też było. :)

    • U ciebie Aniu to akurat widać, że wiedziałaś co studiujesz :)

    • Ja nadal studiuję i chyba najlepiej wspominam jak do tej pory egzaminy… na których kombinuje się jak tylko może aby zaliczyć na przykład Mechanikę Techniczną… oj są niezłe jaja… :)
      _____________________
      http://szminka-po-asfalcie.pl/

      • Mira Faber

        Mechanika dla mnie była nie aż taka tragiczna, ale wiadomo, każdy ma swoje słabości, haha. Powodzenia.

  • Ale to się dobrze czyta. Mira nie wiem co Ty za Polibudę kończyłaś ja nie mam takich fajnych wspomnień no oprócz jednego kiedy to zdawałam egzamin ustny za Raf u Long…. Do dzisiaj nie wiem jak to zrobiłam,że on się nie pokapował… fajnie się to wspomina. Z matmy to o Pani Skó… mówisz? Ona taka siekiera była, nie kojarzę jej tak.

    • Nie, z matmy miałam inną kosę. No fajnie się wspomina, bo wtedy w ogóle było fajnie, życie człowieka sprowadzało się do tego, żeby zaliczyć co było do zaliczenia, pamiętać, żeby zjeść choć jednego obwarzanka dziennie, a wieczorem napić się piwa. Żyć nie umierać!

  • Ale to się dobrze czyta. Mira nie wiem co Ty za Polibudę kończyłaś ja nie mam takich fajnych wspomnień no oprócz jednego kiedy to zdawałam egzamin ustny za Raf u Long…. Do dzisiaj nie wiem jak to zrobiłam,że on się nie pokapował… fajnie się to wspomina. Z matmy to o Pani Skó… mówisz? Ona taka siekiera była, nie kojarzę jej tak.

  • Studencie czasy 😀 Moim największy wyczynem było pójście na ustny egzamin z historii wychowania nawet nie zajrzawszy do notatek. Z ćwiczeń miałem 5 i postanowiłem uwierzyć plotkom, że czasem przepisuje tak dobre oceny. Żeby nie było przed dr prof. hab. wszystkie dziewczyny trzęsły „portkami” bo o nim różne legendy po uczelni krążyły. Na egzamin wszedłem w ostatniej trójce i przez chwilę zacząłem wierzyć we wszystkie legendy. Jedna dziewczyna praktycznie nie zdała, choć była wykuta na blachę tylko nie z tej książki co trzeba. Gdy do mnie doszło, na szczęście wpisał mi do indeksu piękne 4 😀

    • Mira Faber

      :) Żeby człowiek trząsł porami przed jakimś ważniakiem, nie? To były czasy :) Dobrze, że Ci przepisał, się nie napracowałeś :)

  • ~Asia

    Witam. wspaniałe przypomnienie mojej przygody ze studiami. Ja także studiowałam na Politechnice – Wrocławskiej. Bardzo trudno wchodził mi materiał na pierwszym i drugim semestrze, ale wspominam to jako największą przygodę życia. Moją i innych studentów piętą achillesową była matematyka,przy okazji pozdrawiam pana doktora. Zdałam ją tylko dzięki zawziętości własnej i wielkiej determinacji wykładowcy.
    Zawsze sądziłam ze studia są dla najlepszych z wysoką średnią ocen, po latach uważam że studia są dla pracowitych. Pozdrawiam serdecznie.

    • Masz rację. Studia powinny być dla pracowitych talentów, a nie dla cwaniaczków.Później takie ”orły” nie znając życia – wymagają także pracy za siebie.A awansowali z przymusu (układów rodzinnych czy biznesowych) ….

      • Mira Faber

        Tak być powinno. Niestety system w naszym kraju jest taki a nie inny i utarło się, że bez papierka nie masz nigdzie szans. Z papierkiem też nie wiele, no ale lepiej mieć niż nie mieć.

    • Mira Faber

      Ja też przez większość egzaminów przechodziłam uczciwie. Z matmy chyba nigdy nie ściągałam. Ale bywali tacy profesorowie, że no nie dało rady, choćby człowiek na rzęsach stanął :)

  • ~mgr

    Znam takiego inżyniera po studiach, który przyszedł na halę mierzyć elementy wykrojnika centymetrem krawieckim!!!
    Mój kolega, który był tylko technikiem, nie wytrzymał i na głos powiedział do mnie: patrz co te studia z człowieka robią! Usłyszał i już więcej się nie pojawił u nas. Nie tytuł zdobi człowieka, ale wiedza. Niewiedza bardzo szybko wychodzi na jaw i blamaż w pełni.

    • Mira Faber

      Oczywiście, że tak, zgadzam się w pełni. Wielu jest takich, co naprawdę nawet nie potrafri powtórzyć z pamięci swoich kierunków studiów.

    • ~gośka

      bo wiedzę praktyczną nabywa się w trakcie pracy. Sama skończyłam studia kierunkowe, ale jak poszłam do pracy, na hali produkcyjnej przekonałam się jak niewiele ma wspólnego teoria z praktyką.
      Ale trzeba pytać, podpatrywać, a nie uciekać.

      • Mira Faber

        Zgadzam się, na studiach, zwłaszcza w Polsce, nakierowani są na teorię, często już nawet nieaktualną. Człowiek później idzie do pracy i okazuje się, że nauka się dopiero zaczyna.

  • Świetny tekst. U mnie w pierwszym semestrze też odpadło z 20 osób. A co do historii, to w pierwszym semestrze też mieliśmy takiego doktorka co to wszystkie rozumy pozjadał, a nas studentów traktował jak debili. Krążyła legenda, że u niego zdaje się po 5 – 7 razy, bo nigdy nie wiadomo czy akurat doktorek chce odpowiedzi słowo w słowo z dyktowanych notatek czy przedstawienia własnych wniosków.:) Pozdrawiam.

    • Mira Faber

      Podejrzewam, że każdy Żak ma w pamięci podobne historie, jak nasze :) Pozdrawiam radośnie.

  • Świetny tekst. U mnie w pierwszym semestrze też odpadło z 20 osób. A co do historii, to w pierwszym semestrze też mieliśmy takiego doktorka co to wszystkie rozumy pozjadał, a nas studentów traktował jak debili. Krążyła legenda, że u niego zdaje się po 5 – 7 razy, bo nigdy nie wiadomo czy akurat doktorek chce odpowiedzi słowo w słowo z dyktowanych notatek czy przedstawienia własnych wniosków.:) Pozdrawiam.

  • Dzisiejsze studia to w wielu przypadkach parodia. Ze swojej strony polecam artykuł o zachowaniach, które pozytywnie wpłyną na jakość naszego zycia.
    http://www.finansemlodegopolaka.pl/10-zachowan-ktore-poprawia-jakosc-twojego-zycia

    • Mira Faber

      To fakt. Było to jednak do przewidzenia. Pozdrawiam.

  • Kapitalnie piszesz, lubie tu wracać.
    To chyba zbieg okoliczności, że też byłam na polinudzie i też coś tam zaczynam tłumaczyć:) Niestety ja swoją przygodę skończyłam po pierwszej zdanej sesji. Pokazałam indeks z zaliczeniami rodzicom i zmieniłam studia :)
    Na jednym z egzaminów niestety usłyszałam : Wie Pani… ja zaliczę, Pani zaliczy… jakoś to będzie.
    Wyszłam. Poprawkę zdałam za 4 czy 5 razem na zastępstwie.

    • Mira Faber

      Serio? Tak Ci powiedział? Cieszę się, że tu lubisz zaglądasz, bardzo mi miło. Zajrzę również do Ciebie. Pozdrawiam.

  • Kapitalnie piszesz, lubie tu wracać.
    To chyba zbieg okoliczności, że też byłam na polinudzie i też coś tam zaczynam tłumaczyć:) Niestety ja swoją przygodę skończyłam po pierwszej zdanej sesji. Pokazałam indeks z zaliczeniami rodzicom i zmieniłam studia :)
    Na jednym z egzaminów niestety usłyszałam : Wie Pani… ja zaliczę, Pani zaliczy… jakoś to będzie.
    Wyszłam. Poprawkę zdałam za 4 czy 5 razem na zastępstwie.

  • ~wiekowa po studiach

    A ja dawno, dawno temu miałam belfra z matematyki o nazwisku Indan. Podchodziłam do egzaminu razem z kolegą chyba z dziesięć razy bo Pan Profesor kursował między dwoma uczelniami oddalonymi od siebie o 170 km.W końcu jakoś zdałam ten egzamin ale wędrówki i jego uśmieszki o całęczkach nie zapomnę do końca życia .

    • Mira Faber

      Haha i to się liczy. Jest co wspominać.

  • ~Gaja

    Nie umiałam nic, bo uwierzcie mi, to było nie do pojęcia. Do tego stopnia, że nawet nie potrafiłam wyprodukować jakiejś sensownej ściągi…. czy uważasz, że w takiej sytuacji powinnaś zdać egzamin… Ja uważam, że nie powinnaś, ponieważ , jak sama przyznajesz nie posiadałaś wiedzy niezbędne… jakiejkolwiek w temacie… żenada… dostajesz dyplom… tytuł naukowy… a Ty nic… o sorry… niewiele umiesz… idziesz do pracy i… dalej będziesz ściągać… tylko od kogo… jak wszyscy będą po tej samej uczelni… wstyd… dziwne że powodem do dumy jest oszustwo, kombinatorstwo, cwaniactwo… uczciwie ci powiem… nie ma się czym chwalić… to wstyd…

    • ~gośka

      niby racja, ale u mnie na studiach był przedmiot, którego pamiętam tylko nazwę: „teoria metrologii”. Przez cały semestr było dyktowanie do notatek definicji jakichś dziwnych pojęć. Nikt się tego nie uczył, bo polegało to na wykuciu 100 kartkowego zeszytu na pamięć. Co innego gdyby było praktyczne zastosowanie jednostek, co zresztą mijało się z celem, bo akurat to występuje zawsze przy rozwiązywaniu zadań z chemii, fizyki czy matematyki.
      W związku z tym ja też miałam na studiach przedmiot, z którego NIC nie pamiętam. I myślę, że większość studentów miała chociaż jeden taki przedmiot.

      • Mira Faber

        Na pewno. Zawsze zdarzą się jakieś przedmioty, które są człowiekowi do niczego nie potrzebne, albo po których się kompletnie nic nie wynosi, bo nauczenie się na pamięć 100 kartek jest średnio przyszłościowe, bo zaraz się wszystko zapomina.

    • Mira Faber

      Chyba kiepsko zrozumiałaś cały tekst. Pisałam o niektórych przedmiotach, które były niestety prowadzone w taki sposób, że nie dało się przez to normalnie przejść. To nie jest zachód, gdzie student idzie na studia, za które słono płaci, jest traktowany z szacunkiem i tam nie ma czegoś takiego jak ściąganie. W Posce studenci to jedna ciemna masa dla takich profesorów i zawsze znajdzie się taki, co to za cel wytycza sobie jedynie uprzykrzanie życia studentom. Dla mnie żaden wstyd. Brałam stypendium i uczyłam się vardzo dobrze, ale przedmiotów, ktre były mi potrzebne. Niestety 20% materiału na studiach jest tylko i wyłącznie po to, żeby ich wykładowcy nie stracili pracy. Pozdrawiam.

  • U nas tak jest nadal! :) Pan profesor, żeby mieć pewność, że wszyscy się idealnie nauczmy, podyktował nam definicję od deski do deski. Na zaliczeniu wszyscy wykuli ją na pamięć albo ściągali. Nie ma siły! Każdy miał to samo. Oceny? 5, 4, 3, poprawa… :)

    • Mira Faber

      Niestety, tak to właśnie się obywa. Albo ryesz na pamięć, albo, jak się uwezmą, to nic nie pomoże…

  • ~e.

    Studiowałaś na Politechnice Śląskiej? Te opisy aż za bardzo mi przypominają moje własne studia… 😛

    • Nie, na krakowskiej :) Widać, wszędzie to samo, haha.

  • Witaj,

    ja studiowałam polonistykę. Zdarzali się różni wykładowcy. Niektórzy stawiali dobre oceny tylko wtedy, kiedy studentka im się spodobała. Ja na przykład wpadłam w oko panu od logiki. Może to i dobrze, bo jako umysł „ściśle humanistyczny” logiki ni w ząb nie mogłam pojąć… Za to panu od poetyki spodobała się moja koleżanka, była blondyną z duuuużymi…. płucami. Ja z czerwonym kudłem i średnim rozmiarem… płuc nie miałam szans. Zdałam, owszem, ale tylko na „trzy”. Ona na „pięć”.
    I takich historii było całkiem sporo… :)

    Pozdrawiam,
    Ruda
    dylematywrednejbaby.blog.pl

    • Haha, widocznie płuca nie były takie złe, skoro była trója!

  • Witaj,

    ja studiowałam polonistykę. Zdarzali się różni wykładowcy. Niektórzy stawiali dobre oceny tylko wtedy, kiedy studentka im się spodobała. Ja na przykład wpadłam w oko panu od logiki. Może to i dobrze, bo jako umysł „ściśle humanistyczny” logiki ni w ząb nie mogłam pojąć… Za to panu od poetyki spodobała się moja koleżanka, była blondyną z duuuużymi…. płucami. Ja z czerwonym kudłem i średnim rozmiarem… płuc nie miałam szans. Zdałam, owszem, ale tylko na „trzy”. Ona na „pięć”.
    I takich historii było całkiem sporo… :)

    Pozdrawiam,
    Ruda
    dylematywrednejbaby.blog.pl

  • ~Pani S.

    Też mam kilka egzaminacyjnych historii ze studiów. To prawda, że są przedmioty, których celowość wprowadzenia pozostaje wielką tajemnicą. Są też pracownicy naukowi, którzy prowadzą zajęcia w ten sposób, że wiedza z ich przedmiotów pozostaje tajemna do końca. A egzamin trzeba zdać. Więc człowiek robi, co może. 😀

    • No właśnie. I wtedy trzeba się nakombinować.

Visit Us On FacebookVisit Us On Google PlusCheck Our Feed
Przeczytaj poprzedni wpis:
sad-505857_1280 (1)
Kiedy przestajesz być matką

Kiedy kobieta staje się matką? W którym dokładnie momencie? Czy wtedy, kiedy położna kładzie jej na piersi nowo narodzone dziecko,...

Zamknij