Reed-900x600
RODZICIELSTWO,

Historia, która utkwiła w moim sercu

Kiedyś, dosyć dawno, trafiłam na blog niesamowicie odważnej i silnej kobiety. Czytałam jej wpisy, wyjąc i przeżywając każde słowo…każdą igłę, każdą operację jej maleńkiej córeczki, którą przy życiu trzymała, wbrew wszystkiemu i wszystkim, chyba jedynie ogromna miłość i poświęcenie jej rodziców. Historia straszna, łamiąca serca, otwierająca oczy, wyciskająca łzy… Historia, która pakowała w osłupienie, zabierała na chwilę oddech po to, żeby zwrócić go ciału w postaci potężnego szlochu.

Później jakoś tak moje życie nabrało niesamowitego tempa i czytałam historię tej kobiety i jej maleńkiej córeczki coraz rzadziej i rzadziej, aż w końcu zapomniałam, zaintrygowana własnymi dziećmi i własnym życiem. Od czasu do czasu coś sprawiało, że przypominałam sobie tamtą historię, zastanawiając się, jak się potoczyła, od kiedy przestałam czytać. I na zastanawianiu się zawsze kończyło, codzienność bardzo szybko i skutecznie zaprzątała moją głowę czymś innym i zanim nawet pomyślałam, żeby kliknąć, zapominałam i zajmowałam się swoim życiem.

Dziś kliknęłam zaraz przed pójściem spać…i spać już nie poszłam.

Łzy pociekły mi po policzkach chwilę później, kiedy zobaczyłam zdjęcie pięknej, roześmianej dziewczynki. Dziewczynki, która przede wszystkim żyje i się uśmiecha i radość bije z jej pięknych oczu. Dziewczynki, która w mojej pamięci pozostała kilkunasto-miesięcznym, bardzo chorym dzieckiem. Teraz ma 4 lata.

I to jest cudowne. Cudowne, że zapomniałam po to, aby w taki sposób sobie przypomnieć! Takich historii potrzebuje świat.

Kochamy Laurę to blog, o którym mowa. Warto kliknąć, warto się zatracić…choćby po to, żeby przypomnieć sobie. że mamy ogromne szczęście, bo życie jest cudem. Po prostu.

Visit Us On FacebookCheck Our Feed
Przeczytaj poprzedni wpis:
plaza1
Ostatni miesiąc września czyli weekend nad morzem

Kiedyś na jakimś grillu padło z mojej strony hasło “jedźmy na jakiś kemping czy coś”. Okazało się, że mam znajomych,...

Zamknij