family-591581_1280
STYL ŻYCIA,

Rodzina dwuwyznaniowa. Da się czy nie?

Rodzina dwuwyznaniowa. Jeden rodzic wierzy, drugi wierzy też, ale w coś innego. Nie wiem, czy spotkaliście się z czymś takim. Czy można to pogodzić? Czy można normalnie wychować dzieci w takiej rodzinie? Powiem wam, bo wiem.

Jestem łatwowierna. Z natury. Gdybyście zapytali moich znajomych, to by wam powiedzieli, że można mi wcisnąć niemal wszystko. I powiedzieliby wam też, że często z tego korzystają i wkręcają mi wałki. Można powiedzieć, że sama na to zapracowałam. Jeżeli słyszę coś, czego nie znam, to nauczyłam się na początek zakładać, że jest to prawdą. Lepsze to, niż nadmierna podejrzliwość, wtedy człowiek potrafi się wkręcić w niezły kabaret i po czasie wydaje mu się, że na każdym kroku widzi spisek, oczywiście przeciwko niemu samemu, lub przeciwko ludzkości.

Natomiast jeżeli już w coś uwierzę, a później nabieram podejrzeń, wtedy staram się dogłębnie sprawdzić wszystko, co sprawdzić jestem w stanie, nie zmieniam zdania ot tak, muszę mieć do tego podstawy.

I tak właśnie było z moją wiarą w Boga. Urodziłam się w rodzinie wierzącej, jednakże oddalonej od kościoła. Mimo to gdy byłam starsza  i zaczęłam chodzić na religię, poprosiłam rodziców, że chciałabym chodzić w niedzielę do kościoła, jak inne dzieci. Co tydzień zawozili mnie więc na mszę i czekali na mnie w samochodzie. Muszę przyznać, że była to porządna lekcja tolerancji. Mimo, że sami nie praktykowali, nigdy nie próbowali mnie „przekabacać” i mówić, że to strata czasu. Mogłam dokonać wyboru.

Z wiekiem zaczęłam intensywniej myśleć. Napisałam wcześniej, że tak właśnie mam. Z wiarą w Boga się urodziłam, została mi ona wpojona przez rodzinę, przez szkołę, przez społeczeństwo, w którym się wychowywałam. Później coś mi zaczęło nie grać i rozpoczął się we mnie proces przemiany, proces, w którym próbowałam zrozumieć przede wszystkim siebie. Nie chciałam mówić „tak, wierzę w Boga” tylko dlatego, że tak zostałam wychowana. Chciałam móc uzasadnić swoją wiarę, żeby nie rzucać słów na wiatr.

Jestem osobą z natury trochę buntowniczą, wyczuloną na niesprawiedliwość i kłamstwo. I głównie to spowodowało, że do kościoła przestało mi być po drodze. Nad swoją wiarą jednak zastanawiałam się nadal, próbując brać wszystkie za i przeciw, próbując podsłuchać tego, co mówi mi serce, czyli uczucie i umysł, czyli logika. Ochrzciłam moje dzieci. I wtedy przyszedł czas, kiedy powoli zaczęłam dochodzić do swoich własnych wniosków, wynikających z wieloletnich przemyśleń i wałkowania tematu. I dokonałam wyboru. Własnego prywatnego, podyktowanego niczym innym, jak tylko moimi przekonaniami i odczuciami.

Wierzę. Lecz tego, w co wierzę, nie nazywam Bogiem. I przede wszystkim dzięki rodzicom, którzy właśnie wtedy, kiedy chciałam chodzić do kościoła, okazali mi zrozumienie i uszanowali moje odmienne zdanie, nie boję się do tego przyznać. Nie będę mówić, że wierzę, tylko dlatego, że inni tego właśnie oczekują. Nie boję się krytyki i tego, czym mnie straszą. Że będę się smażyć w piekle, mówią. Nie przejmuję się, bo po pierwsze nie jestem aż tak strachliwa, po drugie nie wierzę w piekło.

I wiecie co? W momencie, gdy dojrzałam i mogłam stwierdzić, czy i w co wierzę, nic się nie zmieniło. Jestem tym samym, zadowolonym z życia człowiekiem. Nie pochłonęły mnie wrota piekielne, nie spadło na mnie tysiąc nieszczęść, nawet uśmiech nie zszedł mi z twarzy.

M wierzy w Boga. Zapytacie, w jaki sposób można żyć w takiej rodzinie? Jak wychowywać dzieci? W wierze czy w niewierze? Niektórym może się to nawet wydać nie do przyjęcia. Można się domyślić, że mało kto rozumie taką sytuację. Nic w naszej rodzinie się nie zmieniło. Przekazuję moim dzieciom tę samą lekcję, którą dostałam od swoich rodziców. Mysza uczy się o różnych religiach, ale ostatnio coraz częściej mówi o Jezusie, o tym, jak umarł i jak jego mama wtedy płakała. I pyta czy tak było. Odpowiadam zgodnie z prawdą. Odpowiadam, że istnieje pewna historia opowiadająca życie Jezusa. I jedni w tę historię wierzą, inni nie. Gdy zapytała, czy ja wierzę, odpowiedziałam, że nie, ale że jej tatuś wierzy. I zapewniłam ją, że może wierzyć, w co tylko zechce i to, że ja nie wierzę, nie ma tutaj żadnego znaczenia. Zastanowiła się i powiedziała „to ja wierzę mama, dobra?”.

Moja rodzina funkcjonuje normalnie. Obchodzimy święta, bo święta akurat  bardzo silnie kojarzą mi się z rodzinną tradycją a nie z obrządkiem. M zabiera dzieci do kościoła, gdy czuje taką potrzebę. Mysza opowiada, czego nauczyła się w szkole o panu Jezusie, a my z uśmiechem słuchamy tego, co ma do powiedzenia. I poza tym nic się nie liczy. Nie interesuje mnie, co inni mają do powiedzenia na temat mojej rodziny, a wiem, że mają do powiedznia wiele. Nie każdego nauczono tolerancji i zrozumienia. Nie każdy ma odwagę poddać w wątpliwość coś, co mu wpajano latami i dlatego nie rozumie tego, że każdy ma wybór.

Od czasu do czasu ktoś mnie popuka w czoło albo pokręci głową z niedowierzaniem. Mówi, że całe życie wierzyłam a teraz nagle mi się odwidziało. Nie tłumaczę nikomu, że trwało to całe lata. Komuś, kto wierzy w Boga całe życie, a pisma świętego nie przeczytał ani razu,  nie ma sensu tłumaczyć, że ja przeanalizowałam wszystko. Nigdy by tego nie zrozumiał. Po co analizować? Tak już jest, trzeba wierzyć i już.

Nie wierzę w Boga. Wierzę w kult człowieka i w to, że nie ma absolutnie żadnego znaczenia kto co wyznaje. Wszyscy jesteśmy ludźmi. I świat byłby lepszym miejscem, gdyby każdego w szkole uczono właśnie tego. Wiary w człowieczeństwo.

  • ~ola

    Zaraz zaraz, czy to ten sam M, ktory wierzy e istnienie kosmitow w ludzkiej postaci?(lady gaga)

    • Mira Faber

      Tak, tak, jeden i ten sam :)

  • Religia i wiara to taki temat, który potrafi poróżnić. Pewnie możliwe jest wychowanie w takiej rodzinie, wszystko zależy od umiejętności pójścia na kompromis. :)

    PS I jak lajki po dzisiejszym wpisie? 😉 :)

    • Mira Faber

      Hah, póki co straciłam tylko 1 :)

  • Ja na pewno wierzę w Boga, ale nie ma ta moja wiara niczego wspólnego z historyjką o Bogu, której uczyli nas na religii i wpajali gdy byliśmy dziećmi. Raf ma tak samo ale nie widzę niczego trudnego w Waszej sytuacji. Tak jak piszesz tolerancja to podstawa, to świetna lekcja dla Waszych dzieci :)

    • Mira Faber

      Mam taką nadzieję, że kiedyś to zaowocuje.

  • Myślę że taka rodzina to ma troszeczkę problemów. Przecież trzeba się zdecydować na jedną wiarę dla swoich dzieci i tu mogą pojawić się konflikty lecz jeżeli dwoje ludzi pójdzie na kompromis to wszystko jest możliwe chodź to bardzo trudne pogodzić dwie wiary w jednym domu.

    • Mira Faber

      Dlaczego trzeba się zdecydować na jedną wiarę? Moim głównym celem jest wychowanie dzieci na porządnych ludzi, nie na wzorowych wiernych. A żeby wychować je na dobrych ludzi, wiara nie jest potrzebna.

  • Wydaje się, że niedługo rzeczywiście zaczną nauczać w szkole wiary w człowieczeństwo, bo na żywo coraz trudniej człowieczeństwo spotkać…

    • Mira Faber

      Niestety…

  • ~ALBIK

    Nie rozumiem ludzi, którzy chrzczą dzieci , obchodzą święta i mówią, że nie wierzą w Boga. W jakim celu to robią? Jeśli ktoś nie wierzy w Boga to sakramenty ani święta są mu niepotrzebne, jeśli wierzy to sama wiara jakby trochę mało, potrzeba też… praktykować. Ktoś powie: tradycja, ale skąd tradycja u niewierzących? Czegoś tu nie rozumiem…
    Dwie wiary w jednej rodzinie? To tylko przy małych dzieciach się uda, ale wcześniej czy później zaczną się konflikty jeśli nie coś więcej. U mnie ten problem nie istnieje ale znam takich co myśleli i twierdzili, że to nie ma znaczenia.

    • Mira Faber

      Poczekaj, bo trochę za szybko rozumujesz. Czy z wiarą się człowiek rodzi albo nie i tak zostaje do końca życia? Ktoś może się urodzić w rodzinie katolickiej, być wychowywany w tej wierze przez lata. Czy to oznacza, że nie ma prawa w którymś momencie tej wiary zmienić? Bo widzisz, dla mnie wiara to coś więcej niż klepanie w kółko tego, co klepią inni. Dla mnie to ŚWIADOME podąrzanie za czymś. I „świadome” to tutaj kluczowe słowo. A taką świadomość nabywa się, gdy już jest się na tyle dojrzałym. Stąd tradycje. Bo wychowałam się w rodzinie katolickiej, gdzie święta były obchodzone. Teraz nie wierzę, a święta to dla mnie tradycja rodzinna i tyle.

      Co do dwóch wiar, moim zdaniem dzieci i ich wiek nie mają tutaj nic do tego. Bo wiara nie polega na tym, żeby całą gromadą latać do kościoła na 9 i siedzieć w pierwszej ławce. Wiara to coś, co mamy w sercu. I wątpię, żeby dla moich dzieci miało kiedyś znaczenie, że w moim sercu nie ma Boga takiego, jakiego widzą katolicy.

      • ~ALBIK

        Trochę trudno w ten sposób dyskutować.
        Zmiana wiary… nikt nikomu nie może narzucać jaką wiarę ma wyznawać. Jednak z Twojej wypowiedzi wnioskuję, że nie zmieniłaś wiary tylko jakby ją odrzuciłaś, bo coś Ci się w niej nie podoba. Ja nie ze wszystkim co robią czy czasem mówią księża się zgadzam ale z tego powodu nie odchodzę od Kościoła. Ja wierzę w Boga a nie w księdza! Też zostałam wychowana w wierze katolickiej, tylko, że u nas święta były nie obchodzone a przeżywane i może dlatego inaczej podchodzę do kwestii wiary. Świadome podążanie za czymś? za czym? Nie wyobrażam sobie … nie wierzę ale stawiam choinkę a może i szopkę ze żłóbkiem… a na Wielkanoc niosę pokarm do… poświęcenia? Bo bez tego to słaba tradycja. Nie ogarniam tego. Zgadzam się z Tobą, że wiara nie polega na tym, żeby „całą gromadą latać do kościoła… Wiara to coś, co mamy w sercu”. Jednak wiara (jakakolwiek by ona nie była) bez praktykowania… raczej nie nazwałabym tego wiarą. Jeśli chodzi o dzieci to wcześniej czy później zaczną inaczej na to wszystko patrzeć. Bo dlaczego np. tata chodzi do kościoła a mama nie. Pojawią się wątpliwości i raczej trudno żeby dzieci przejęły „tradycję” mając tylko jednego z rodziców wierzącego.
        Mamy zdecydowanie inne poglądy i raczej nie przekonamy się nawzajem. Wiem tylko, że wspólne przeżywanie wyznawanej wiary procentuje. Mam trzy już dorosłe córki, które też są wierzące i praktykujące i cieszę się, że swoje dzieci też uczą i zabierają ze sobą na niedzielne msze św.
        Każdy ma prawo wyboru tylko nie mogę zrozumieć takiej ogólnej nagonki na kościół.

        • Mira Faber

          Źle zrozumiałaś. Nie odrzuciłam wary bo coś mi się w niej nie podoba. Odrzuciłam ją, bo po prostu przestałam wierzyć. Od kościoła odsunęłam się bardzo dawno temu, wiarę odrzuciłam stosunkowo nie dawno. Nie należę do osób, które wiarę czy nie wiarę uzależniają od tego, jak funkcjonuje kościół. I nie prowdzadzę nagonki na kościół. Ponad to mój mąż jest wierzący, lecz nie praktykujący. nie każdy ma wewnętrzną potrzebę, żeby praktykować coś, co mu się nie podoba, można oddzielić wiarę od tego, a nawet trzeba, bo wiara to wiara, praktyka to praktyka. Co do stawiania choinki itd. to są to jedynie symbole, podobnie jak prezenty i niekoniecznie mają wiele wspólnego z wiarą.

          Mamy inne poglądy, ale fajne jest to, że wcale nie musimy się przekonywać. Ja szanuję Twoje poglądy, Twoją wiarę i nie chcę Cię do niczego przekonywać. Dziękuję za kulturalną duskusję, cenię sobie takie wypowiedzi. Pozdrawiam radośnie.

Visit Us On FacebookVisit Us On Google PlusCheck Our Feed
Przeczytaj poprzedni wpis:
trekking-245311_640
Spełnienie marzeń – 7 kroków, które musisz zrobić na drodze do ich realizacji

Na pewno znasz to uczucie, kiedy przymykasz oczy i zagłębiasz się w świecie marzeń. Czujesz się dobrze, relaksujesz się, zaczynasz...

Zamknij