photo-1429482713125-ff096be02ffe
MOTYWACJA,

Historia człowieka, który nie dał się złamać

W każdej książce większych i mniejszych promotorów rozwoju osobistego, na którą się natknęłam, opisana jest przynajmniej jedna historia osoby, która osiągnęła sukces wbrew wszystkiemu. I oczywiście wszystkie te historie mają za zadanie pokazanie Ci tego, że w życiu wszystko jest możliwe, jeżeli tylko oddasz temu, co chcesz osiągnąć, całe serce. I uwielbiam te wszystkie historie: Walt Disney, Steve Jobs, Oprah, Nick Vujicic. Jest jednak wśród nich jedna taka, która zrobiła na mnie niesamowite wrażenie i pobiła na łopatki wszystkie inne. Zapadła mi w pamięć tak głęboko, że przypominam sobie o niej za każdym razem, kiedy to mówię sobie: „kurcze, i znowu pod górkę!”. A skoro tak, to muszę ją opowiedzieć wam tutaj, tak, żebyście wiedzieli, kto nie wie…

Otóż był sobie pewien mały chłopczyk. Taki, który miał marzenie. Jego ojciec zajmował się naprawianiem rowerów, w czym syn często mu pomagał. I ten chłopiec, który miał marzenie, postanowił sobie, że on sobie kiedyś zbuduje pierścień tłokowy i że ten pierścień będzie tak dobry, że sprzeda go Toyocie. Gdy był już starszy, każdą wolną chwilę poświęcał na przemierzanie ścieżki, którą kiedyś sobie wyznaczył. Szedł tak przez kilka lat, borykając się z różnymi trudnościami, jednakże nigdy się nie poddał. I pewnego dnia zakończył swój projekt. Zbudował pierścień tłokowy i zaoferował go Toyocie. I wtedy to wbił głową w swoją pierwszą betonową ścianę, bo w Toyocie wcale nie chcieli jego tłoka, czy tam pierścienia. No i gdybym to ja było tym chłopakiem, to tu historia by się zakończyła, bo pewnie zostałabym z tą głową w ścianie i lamentowała, że tyle lat zmarnowałam, a dziady nawet nie spojrzały na moje dzieło. Ale on nie był taki, on wyciągnął głowę ze ściany i zabrał się do pracy. Zaczął dopracowywać ten swój pierścień, wierząc, ze Toyota jeszcze pójdzie po rozum do głowy i to kupi. Wszyscy się śmiali i pukali w głowę, że na cholerę marnuje kolejne lata na coś, czego nikt nie chce kupić. Wiadomo, jak Ci się noga powinie, to zaraz, jak szarańcza, zlatują się ludzie dobrej woli, którzy chętnie Ci powiedzą, żeś debil. Ten jednak nie słuchał albo może i słuchał, ale wcale się nie przejmował.

Przy swoim dziele dłubał kolejne dwa lata. Toyota w tym czasie
rzeczywiście poszedł po rozum do głowy i ten projekt w końcu kupił! I dopiero wtedy chłopak miał strup na głowie. Bo Toyota chciał dużo tych pierścieni kupić. Tylko gdzie to produkować? Potrzebował miejsce na fabrykę. I chciał ją samemu wybudować, był tylko jeden mały probolem. Japonia, czyli kraj, w który się urodził, w tamtym czasie szykowała się do II wojny światowej i o materiały budowlane było bardzo ciężko. A właściwie prawie wcale ich nie można było dostać. No i wbił nasz bohater głowę w ścianę po raz drugi. I po raz drugi ją wyciągnął i zrobił z siebie w oczach „życzliwych ludzi” jeszcze większego debila, bo oto stwierdził, że jak nie ma betonu, to on go sobie sam, przy pomocy kilku przyjaciół, wyprodukuje. Tak też zrobił, a zaraz potem wybudował fabrykę.

I Tu zapewne ta historia miała ujrzeć swój szczęśliwy koniec, pomysłowy chłopak miał żyć długo i szczęśliwie, produkując wspaniałe pierścienie tłokowe w swojej własnej fabryce.

Tak jednak nie było. Trzecia i czwarta ściana pojawiły się niemal jedna po drugiej. Fabryka została podczas wojny zbombardowana. Dwukrotnie! Stracił większość tego, co posiadał, ale się nie poddał i produkcji nie zaprzestał, a gdy brakowało mu niezbędnych materiałów, wysłał swoich pracowników na ulice, gdzie mieli zbierać wyrzucane przez amerykańskie samoloty kanistry po paliwie, bo one właśnie dostarczały tego, czego mu brakowało do produkcji.

To jednak nie koniec piętrzących się ścian. Dwukrotnie odbudowana fabryka pierścieni tłokowych w końcu została doszczętnie zniszczona przez trzęsienie ziemi. Wtedy nasz bohater stwierdził być może, że chyba to jakiś znak i w końcu odsprzedał cały proces tworzenia pierścieni Toyocie. I tak zakończyła się jego przygoda, o której marzył od dziecka. Może nie poszło tak, jak sobie to wyobrażał, ale jak by nie było, osiągnął swój cel.

Wkrótce potem wpadł na kolejny pomysł. Japonię wciąż toczyła wojna. Brakowało wszystkiego, towarów, surowców, paliwa. Podłączył więc mały silnik do roweru, żeby móc dojechać tam, gdzie wcześniej dojechać było bardzo trudno. Jeździł sobie więc na swoim motorowerku do sklepu po zakupy, a inni się gapili, aż w końcu zaczęli go prosić, żeby zbudował coś takiego też dla nich. No to budował, aż stwierdził, że musi otworzyć…fabrykę. Tyle że nie miał ani kasy, ani materiałów tak jak poprzednio. Znowu ściana. Wpadł jednak na inny pomysł. Napisał list do każdego właściciela sklepu z rowerami w Japonii z prośbą, aby zainwestował w jego pomysł. Jakieś 18 tysięcy listów. Głowę ze ściany wyjął dosyć szybko, bo otrzymał 3000 odpowiedzi i zebrał kapitał na rozpoczęcie działalności na szerszą skalę.

Jął produkować swoje motocykle, jednakże okazało się, że oprócz sąsiadów, niewielu znalazło się chętnych na zakup czegoś takiego. Mówili, że maszyna jest zbyt masywna i trochę jakby duża. Produkt więc nie stał się hitem, tak jak to było w planach. Ściana. I pan, o którym piszę, zamiast się poddać, zrobił co? Zbudował inny motocykl. Mniejszy, lżejszy, taki, coby go ludzie chcieli kupić. I kupowali. Tak kupowali, że producent zdobył nawet nagrodę Cesarza. A później motocykle wysyłał już nawet do Ameryki.

I tak powstała światowa korporacja, która dziś zatrudnia 150 tysięcy osób i jest uznawana za jedną z najlepszych marek na świecie.

Koniec historii. Wspaniała, prawda? Jeden uparty człowiek, który każde wyzwanie losu brał za kolejną szansę, stworzył coś, co jest taką potęgą.

Acha, prawie zapomniałam. Uparty pan nazywał się Honda. Soichiro Honda.

Visit Us On FacebookCheck Our Feed
Przeczytaj poprzedni wpis:
w końcu pokonałam lenia
W końcu pokonałam lenia

Stało się. Pokonałam lenia, a nie było ławto, bo dziad się zaparł i nie chciał ustąpić. Na jak długo, się...

Zamknij