photo-1459017997738-b102a054b680
STYL ŻYCIA,

Kojelny zjazd sekty, czyli relacja z weekendu w Londynie

Kto śledzi mnie na fejsie, to wie, że w minioną sobotę byłam na spotkaniu z Mateuszem Grzesiakiem. Po raz drugi w Londynie. Byłam bardzo napalona na to szkolenie, bo miało traktować o tym, jak sprzedać. Cokolwiek. No o kto by nie chciał się nauczyć, jak się sprzedać, nie? Dlatego też bilet na to spotkanie kupiłam już jakieś pół roku temu.

Pojechałyśmy we trzy, tak jak ostatnim razem (o którym możesz przeczytać tutaj), ale Agata odpadła w tym roku, bo wolała pracować. I trudno. Tak, to by wiedziała, jak się dobrze sprzedać i być może pracować by już nie musiała. Zamiast Agaty pojechała moja koleżanka z dawnej pracy, Kinga. No i ja i Olka tradycyjnie. Wyruszyłyśmy w piątek rano, żeby pochodzić sobie po Londynie. Później w planach była kolacja, piwko czy dwa w hotelu i spać, żeby na drugi dzień być świerzym i wypoczętym. Plany wiadomo, że są do dupy, bo nigdy się nie sprawdzają.

Gdy zajechałyśmy na miejsce, odnalazłyśmy nasz hotel, który okazał się miłym zaskoczeniem. Na zdjęciach wyglądał jak statek kosmiczny i w dodatku wszystkie pokoje miały dźwiękoszczelne ściany, więc nie wiedziałyśmy, czego się spodziewać. A że był bardzo blisko od miejsca konferencji i był relatywnie tani, to zrobiłyśmy rezerwację, licząc na to, że nie okaże się, że to hotel, w którym wszyscy głównie się sprzedają. Pokój rzeczywiście jak na statku kosmicznym (bo byłam przecież na statku kosmicznym kiedyś, to wiem) co akurat było jego zaletą. I w hotelu sami mili ludzie, jak się okazało na śniadaniu następnego dnia. Nikt nie próbował się sprzedawać.

Zameldowałyśmy się i ruszyłyśmy do londyńskiego metra. Jak to Grzesiak celnie opisał, londyńskie metro przypomina jelita jakiegoś olbrzyma. Smród, zaduch i ogólna masakra, ale za to wszędzie dojedziesz, więc nie narzekałyśmy za bardzo. Londyn jest piękny i jest tak wiele miejsc, które należałoby zobaczyć, że ciężko dokonać wyboru, gdzie iść. Poszłyśmy więc na słynną Oxford Street, żeby pooglądać sklepy. Ja szukałam Victoria’s Secret, bo to był mój ukochany sklep, kiedy byłam w USA. Rzuciłam się na błyszczyki do ust, które są wspaniałe, poświeciłam oczami, patrząc na te wszystkie komplety bielizny, której ceny aż bolą i poszłyśmy dalej. Później sklep z butami, w którym nam zeszło z 50 minut jak nic. Bo nie dość, że ludzi tłum, to jeszcze obsługujący jacyś niekumaci i powolni. Ja byłam dzielna, bo przecież nie będę w kółko butów kupować, Olka dzielna nie była, Kinga też nie. Kiedy wyszłyśmy, okazało się, że zaraz obok jest drugi sklep z butami, więc trzeba było sprawdzić, czy nie przepłaciły, tak? Znowu godzina. Bo Kinga musiała kupić jeszcze jedne buty, bo się okazało, że są piękne, najpiękniejsze i u nas na wsi takich nie ma. I się nie dziwię, bo sama się trzęsłam, jak je widziałam, ale jak już wspomniałam, byłam dzielna. Później jeszcze kilka sklepów, tak na wszelki wypadek, żeby nam kieszonkowego na koniec nie zostało, bo wracać z weekendu w Londynie z kieszonkowym, to bez sensu. Na koniec podjechałyśmy kilka przystanków, żeby zobaczyć Hyde Park, żeby nie było, że nic nie widziałyśmy, ale że bez sensu stać i oglądać wielką łąkę, to już po pięciu minutach byłyśmy z powrotem w zasyfionym metrze. Siaty do pokoju i na miasto znowu w poszukiwaniu jakieś fajnej restauracji.

Padło na włoską, głównie dlatego, że nie chciało nam się nigdzie dalej jechać, a w naszej okolicy nic innego ciekawego nie było. Były jakieś tam, ale nieciekawe, więc poszłyśmy do włoskiej. I dobrze trafiłyśmy. Jeszcze nigdy nie byłam w restauracji z taką specyficzną atmosferą. Cała obsługa rozmawiała między sobą po włosku. Cały czas się śmiali i żartowali. Restauracja pełna ludzi, gwar jak na targu. Obsługiwało nas trzech Włochów, cały czas coś donosili, łącznie z likierem cytrynowym, którego wcale nie zamawiałyśmy, ale dostałyśmy w prezencie. Jedzenie pyszne.

Po kolacji zgodnie z planem chciałam udać się do pokoju, żeby na drugi dzień być wypoczętą, bo miałam zamiar czegoś się od tego Grzesiaka nauczyć. Niestety się nie udało. Kinga z Olką nic, tylko żeby łapać autobus i jechać do samego centrum na jakieś disco. Ja, że nie, że bez sensu, że po co i że będziemy zmęczone. Przegłosowały mnie i nie miałam wyjścia, jak kurde jechać i odpoczywać w jakiejś spelunie. Skoro tak, to zamieniłam się w zrzędę, ale taką konkretną i gderałam cały czas, że bez sensu i żeby wracać. Nie spodziewałam się, że ktoś mnie posłucha, ale przestać marudzić nie mogłam, zacięłam się. Poszłyśmy do pierwszego lepszego klubu, bo i tak nie znamy się na tamtejszych klubach, zapłaciłyśmy za wstęp jak za wołu i okazało się, że pół Londynu (o ile nie cały) też przylazło do tego właśnie klubu. Jak w metrze. Zaduch, miejsca brak, głośno i bez sensu. Więc marudziłam dalej, tyle że moje koleżanki już mnie miały gdzieś, bo muzyka i tak zagłuszała moje gderanie. Po dwóch godzinach ocierania się o przypadkowych ludzi i po tym, jak już dostałam chrypki od ciągłego biadolenia, wsiadłyśmy do nocnego autobusu i wróciłyśmy do hotelu. I o godzinie 3 nad ranem w końcu poszłyśmy spać.

Miałam plan, żeby rano biegać, bo po Londynie jeszcze nie biegałam, ale po pierwsze moje oczy nie chciały się rano otworzyć, a z zamkniętymi to ryzyko, a po drugie bałam się trochę, że pobiegnę i już nigdy nie wrócę, bo się zgubię. Dzień wcześniej wszędzie szłam z mapą i za każdym razem szłam nie w tym kierunku, co trzeba. Widać, mapa musiała być trefna, pewnie była tania. Nawigacja w telefonie też, bo dosłownie nie mogłyśmy nic znaleźć (nie licząc sklepów na Oxford Street). Zawiedziona, że z przyczyn całkowicie niezależnych ode mnie nie mogłam iść biegać, poszłam na ogromne śniadanie, a później udałyśmy się na spotkanie z Mateuszem.

Po siedmiu godzinach wyszłam zadowolona, naładowana pozytywną energią i zapewne mądrzejsza, bo na pewno nie głupsza. Jednak muszę przyznać, że moja fascynacja Grzesiakiem trochę opadła. Jest niesamowitym mówcą i psychologiem, ale trochę też czarodziejem, co zadziałało na mnie za pierwszym razem, ale nie teraz. Nie dałam się zaczarować, tylko słuchałam i obserwowałam bardzo uważnie. Oczywiście nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że wszystko, co mówił, to rzeczy bardzo pożyteczne i przydatne i że Grzesiak to nietypowo mądry gość, ale obserwując go, doszłam do wniosku, że o ile jest świetnym mówcą, nie jest nauczycielem, za jakiego się uważa. Bardzo łatwo się irytuje, kiedy ktoś zadaje mu pytanie. Odpowiada, ale widać, że nie lubi, kiedy na sali mówi ktoś poza nim. Głębsza dyskusja z nim nie wchodzi w grę. Albo słuchasz i siedzisz cicho, albo zaczyna cię traktować jak wrzód na tyłku. Być może przypomina mi to niektórych nauczycieli z ogólniaka, ale w nauczaniu nie o to przecież chodzi. Nie zmienia to jednak faktu, że jeżeli tylko się chce, samemu można wiele się nauczyć, słuchając go uważnie. I dlatego właśnie kupiłam bilet na następne spotkanie, które odbędzie się w grudniu.

I to tyle. Wróciłyśmy do domu i tak zakończył się nasz weekend w Londynie. Napstrykałam kilka zdjęć, nakręciłam dla Was nawet filmik, ale nie nadaje się do publikacji niestety, bo jestem durna. Kręciłam na patyku do robienia selfiaków, tak żeby było widać moją twarz (nie wiem, na kiego grzyba, pewnie doszłam do wniosku, że tak będzie najładniej) i kręciłam się dookoła, żeby Wam pokazać skrawek Londynu. Ale że właśnie pożerałam zakupioną wcześniej bagietkę z szynką, okazało się później, że przez cały filmik mielę gębą, mlaszcząc i otwierając ją raz po raz. Wyglądało to, jakbym pożerała jakieś małe zwierzę, bo moje policzki miały rozmiar większy niż moja głowa. To był odruch niekontrolowany, nie byłam go świadoma! Tak to bym nagrała jakiś inny filmik. Ten z całą pewnością do publikacji się nie nadaje w związku z czym musicie sobie jedynie wyobrazić skrawek Londynu (wiecie, czerwony dwupiętrowy autobus, masa ludzi, tradycyjne londyńskie taksówki i grajek na ulicy). W sumie nie ma co oglądać. Ale za to wklejam kilka zdjęć.

Visit Us On FacebookVisit Us On Google PlusCheck Our Feed
Przeczytaj poprzedni wpis:
SAMSUNG DIGITAL CAMERA
Coś, co nigdy Ci się nie uda

Ile czasu w swoim życiu poświęciłeś i wciąż poświęcasz na to, aby zadowolić kogoś innego? Aby go zadziwić, wzbudzić jego...

Zamknij