18743557166_64b3945e13_k
BANIALUKI,

O tym jak mój mąż poszedł na jedno piwo

Podobno mam szczęście. Z tytułu takiego, że mój mąż woli siedzieć w domku, pod kocykiem, przytulony do żony, niż pałętać się gdzieś z innymi facetami po knajpach. To w sumie dobrze, nie ma co narzekać. Tylko że każdy od czasu do czasu musi wyjść do ludzi przecież, wyluzować się, zapomnieć o żonie na dziesięć minut, czy tam na piętnaście, pobyć z innymi osobnikami tej samej płci itd. Bo inaczej to można szału dostać.

Pewnego wieczoru zadzwonił kumpel, żeby M poszedł z nim na piwo. Ten przeżywał jakby miał jechać na tydzień co najmniej. Że w sumie to po co, ale bez sensu, i na nogach trzeba iść, a potem wracać, że to on może kolegę zaprosi do domu to się napiją piwa z lodówki, nierozcieńczonego kranówą jak w knajpie, a poza tym zimno, a poza tym to tak bez żadnej okazji? Sposób jest jeden. Zapierasz się o futrynę rękami, zasadzasz kopa, najlepiej z wyskoku, M przelatuje przez próg, zamykasz za nim drzwi i połykasz klucz, a potem idziesz spać. Tym razem nie musiałam kopać mocno, bo w końcu powiedział „No to dobra! Idę! Tylko na jedno piwo!”. Ubrał się ładnie i poszedł, mówiąc, że zaraz wróci.

Zaraz minęło, M nie wrócił. Zadzwonił za to, że jest bardzo fajnie i że on wróci trochę później. Kazałam mu tylko wziąć taksówkę z powrotem i się rozłączyłam. Gdy minęła 1:00 w nocy, pomyślałam, że musiało być super fajnie skoro jeszcze go nie ma. Wiedziałam też, że lada chwila będzie w domu, bo w miasteczku gdzie mieszkamy, wszystkie trzy knajpy zamykane są właśnie o 1:00. Nie wrócił. Koło 3:00 zaczęłam się martwić, bo nie mogłam się dodzwonić za chiny ani do M, ani do kumpla. Rozmyślałam, co się mogło stać. Mógł mu się rozładować telefon, no ale co by robił do tej godziny? Chyba że wsiedli w pociąg i pojechali do większego miasta, gdzie knajpy są otwarte do rana. W końcu pukanie do drzwi.

Zlatuję na dół, zapalam światło, przed drzwiami stoi dwóch policjantów. Serce mi staje w miejscu, bo na pewno znacie to z filmów, co oznaczają policjanci przed twoim domem, kiedy ktoś nie wraca. Po chwili jednak się rozsunęli a za nimi mój M stoi. Ledwo co. Cały mokry. Wszedł do domu bez słowa. Przy każdym kroku z jego butów wylewała się woda, z rękawów lało się ciurkiem. Popatrzyłam pytająco na policjantów. ”Pani mąż ma szczęście, że żyje. W rzece się obudził”. Mówię, że u nas przecież nie ma rzeki. Okazało się, że nie był u nas, tylko w miasteczku obok. Podziękowałam ładnie za przywiezienia mi chłopa do domu i poleciałam zobaczyć co z nim. Siedział w wannie, w ubraniu, całkiem przemoczony i zmarznięty. Ze skarpetek i spodni wysypał chyba z pół tony piachu.

Dopiero na drugi dzień dowiedziałam się,  co się stało, tak mniej więcej, bo to wszystko jest bardzo tajemnicze. Otóż mój mąż po czterech piwach wywalił się przy barze i pani już mu nie chciała nic sprzedać. M mówi, że następna rzecz, jaką pamięta to moment, kiedy obudził się w rzece (która okazała się malutką rzeczką, za to z bardzo wysokimi wałami). Przez kilka godzin próbował wyjść z tej rzeki, ale cały czas zsuwał się w dół. Telefon zalany więc nie mógł zadzwonić po pomoc. Gdy w końcu się wydostał, zapukał do drzwi jakiegoś domu. Ludzie dali mu koc i zadzwonili po policję, a policja odwiozła go do domu. Koniec historii. Kolega, z którym był, powiedział, że w pewnym momencie M poszedł do kibla i już nie wrócił. Czekał na niego i czekał, szukał go wszędzie, ale zapadł się pod ziemię. Stwierdził więc, że pewnie M zrobił angielskie wyjście i sam poszedł do domu.

Do tej pory nie wiadomo co się stało. Nigdy wcześniej M nie miał takich akcji po alkoholu. Dlaczego przewracał się po czterech piwach i dlaczego poszedł w zupełnie innym kierunku niż dom i dlaczego znalazł się w rzece, nie wiemy. Chciał to zgłosić na policję, bo podejrzewał, że ktoś mu wsypał coś do piwa, tym bardziej że jego portfel zginął, ale w końcu zrezygnował.

I tak mój mąż sobie poszedł na jedno piwo. Do tej pory wszyscy sobie żartują na ten temat. ”M! Droga wolna, kazałem wysuszyć wszystkie rzeki, możesz pić” na przykład. Jednak jak sobie pomyślę, jak to się mogło skończyć, to aż ciary przechodzą mi po plecach i już go z domu nie wykopuję. Przecież się piwa może napić w domu, z lodówki, nierozcieńczonego, co nie? Po co gdzieś łazić, tak bez okazji?

  • Tylko nie napuszczaj wody do wanny! 😉

    • No, po imprezie absolutnie, wpadnie i nie będzie mógł wyjść :)

  • Natalia

    Dobre! Na prawdę miał sporo szczęścia, że się nic gorszego nie stało.
    Pamiętam jak mój mąż (ktory wtedy jeszcze nim nie był) wracał do swojego domu po „flaszeczce bimberku” z kolegą, rowerem. Zadzwonił do mnie i oznajmił, że się wywalił na rowerze, ale wszystko ok. Jak go zobaczyłam na drugi dzień „o matko i córko” 7 nieszczęść, wyglądał jakby mu ktoś twarz oheblował- plaster na całe czoło, nos, brodę do tego poobijane i poobcierane kości policzkowe, pozdzierane ręce… stwierdził, że kolega powiedział(jechali z górki ) , że skręcają w lewo a skręcił w prawo i mój Mąż wykonując manewr lewo-hamulec-prawo-„gaz” przeleciał przez kierownicę i skończył z twarzą jak po zderzeniu z walcem 😉
    A mówią, żeby kobietom alkoholu nie dawać.

    • Hehe, dobre! Mój też tak raz zrobił, na trzeźwo. Chciał się przejechać rowerem kolegi i przyświrować i zahamował przednim kołem bo kolega zapomniał mu powiedzieć, że ma poprzekładane hamulce :)

  • boja

    Tak to jest, gdy na piwo chodzi się rzadko! Wtedy atrakcje nie są rozłożone w czasie, następuje kumulacja…

    • Haha, dokładnie! Może każę mu chodzić reguralnie?

Visit Us On FacebookVisit Us On Google PlusCheck Our Feed
Przeczytaj poprzedni wpis:
list od przyjaciółki
List od przyjaciółki

No więc tak. O Agacie pisałam już nie raz (kto nie czytał bądź nie pamięta, może sobie przypomnieć tu, albo...

Zamknij